7 cze 2013

Nic to...

Pogoda ostatnio nie nastraja zbyt optymistycznie, przynajmniej u nas. 
Zaczynam się zastanawiać kiedy wreszcie ubiorę nowe sandały, co to je sobie sprawiłam drogą zakupu. 
Jak nic na przyszły rok się przydadzą :) 
Nic to... stwierdzam i prezentuje moje nowe naszyjniki. 
Popełniłam je z tęsknoty za słońcem i kolorem. 
Ciepłe, filcowe na wiosnę doskonałe ;)






Wczoraj wpadł mi do głowy pomysł. 
Pomysł z serii "nie możesz myśleć o niczym innym". 
Szaleństwo normalnie. 
Na niczym nie mogę się skupić. 
W oczach mam tylko ten jeden pomysł.
Powiedziałam Jarkowi co mam w głowie - on na to " tak, tak kochanie oczywiście, tak..."
 i wyszedł do pracy. 
Zostałam z moim pomysłem.
Siedzę i myślę - widzę go, kolory, kształty, nawet czuję jego fakturę. 
Chcę już to zrobić, ale materiałów brak, dziecko chore leży, a ja do pracy biegnę za chwilę...
Ale jak się jutro wezmę, jak zrobię to, o czym myślę, jak dam upust tym moim myślom natrętnym...

O żeszszsz!!!

To chyba jakaś choroba psychiczna ;)
Mocno Was pozdrawiam, z chorobą czy bez, 
i życzę SŁOŃCA.


26 maj 2013

Dla mam koronki i róże mam :)

Dziś będzie piękny dzień! Wiem to, jestem przekonana. Będziemy jeździć na rowerze 
w słońcu i pewnie zjemy lody w naszej ulubionej kawiarni i będziemy śmiać się 
i rozmawiać i tak będzie i już. 
Zanim jednak moja rodzina obudzi się, patrzę na mój kredens, nowy - pomalowany białą farbą, własnoręcznie kilka tygodni temu. 
Taki chciałam - taki mam - biała farba 
i drewno. Słoje prześwitują, widać rysunek drewna, ale jest jasno i lekko. 


Ładnie jest. 
W łazience wisi nowa - stara tara, marzyłam o takiej. Nie za duża nie za mała, w sam raz do mojej łazienki. 


Marzyłam i jest! 


Te serwetki koronkowe, ręcznie robione na szydełku z cienkiej nici - śliczniunie, kwiatuszkowe wzorki uśmiechają się do mnie. Ktoś w nie włożył dużo pracy i serce. Dostałam je od mamy, bo ona wie, że ja takie lubię, to kupiła. 


I dobrze, bo bardzo je lubię i mam od mamy :) Tak sobie siedzę w tym słonku i myślę, że mi dobrze. 
Małe rzeczy dają mi radość, szczegóły, drobiazgi czasem ważniejsze są od wielkich 
i więcej dają radości. Tylko trzeba je umieć dostrzegać, czego Wam życzę.
A dla mam koronki i róże mam :)
I serducho, niech Wam będzie dziś bardzo dobrze, miłego dnia!







19 maj 2013

Wracam :)

Zrobiłam sobie małą przerwę, taki chwilowy, niezamierzony brak prądu. 
Nie żeby coś nie w porządku było, po prostu chyba takiej przerwy potrzebowałam, albo tak się złożyło. Nie zaglądałam tu, nie zaglądałam do Was, nawet komputer rzadko włączałam.

Początkiem nowego był dziwny pech, który dopadł mnie dobry miesiąc temu. Pech polegał na awarii komputerów moim domu obecnych w liczbie czy - trzy znaczy, po naszemu. 
Nie żeby kulturalnie się psuły po kolei, tylko stadnie i w jednej chwili. 
Stacjonarny poszedł na pierwszy ogień - płyta główna wysiadła, nowy netek - (uroczy prezent na czterdziestkę) zaczął wydziwiać w drugiej kolejności, a na końcu laptop dziecięcia naszego ześwirował i dysk trza było wymieniać...ufff. 
Szczęście, że małżonek mój zna się na sprawie, bo byłoby z nami krucho. Te jednak zdarzenia zapoczątkowały brak komputera w moim życiu.
Na własnej skórze doświadczyłam, że można żyć bez tych dobrodziejstw.
A potem to jakiś kołowrót się zrobił. 
Natka była w szpitalu, pies był chory, wyleczyliśmy psa, pomalowaliśmy kredens w kuchni, wywieźliśmy psa do babci, pojechaliśmy w moje strony rodzinne, wróciliśmy, odebraliśmy psa i jakoś tak się toczyło wszystko ekspresowo, że dziś odetchnęłam głęboko i wreszcie mam chwilę dla siebie. Chwila ta będzie krótka w świetle tego, że mieszkamy jak wiadomo na poddaszu, a za chwilę zaczyna się wielki remont i przebudowa dachu nad naszym sufitem. 
Przewiduję różne niedogodności, w zamian będę miała sąsiadów obok. Sąsiedzi przyszli robią miłe wrażenie, ale żeby mogli stać się sąsiadami muszą najpierw zrobić sobie mieszkanie na strychu obok nas. 
Co tam, damy radę, ludzi lubimy, remontów nie lubimy ale zagryziemy zęby i wytrzymamy jakoś ten czas.
Tymczasem wszystkich, którzy niepokoili się moją nieobecnością witam ponownie i zaczynam nadrabiać zaległości na Waszych blogach.
 Kwiaty na dobry humor i początek nowego :)



7 kwi 2013

Zrób sobie wiosnę...

Dziś dzień zaczął się pięknym słonkiem. 
Kawa słoneczna była jak nigdy. 


Było długie rodzinne śniadanko, bez pośpiechu, za to z jajecznicą pyszną w wykonaniu Jarka. 
I tak się raczyliśmy tym słonkiem, chyba dobre pół godziny, aż przyszły chmury i było po słonku. 
My zabraliśmy się zupełnie spontanicznie za przeglądanie papierzysk, dokumentów 
i szufladowych czeluści. Tak nam to jakoś przyszło, bez planu zupełnie. 
Jarek szukał jakiegoś paragonu czy innej gwarancji i zrobiliśmy sobie porządki 
w papierzyskach. Znaleźliśmy skarby prawdziwe, o których istnieniu zapomnieliśmy, a które nam poprawiły nastrój i przysporzyły śmiechu.
Zaczęło się od znalezienia pudełka 
z pamiątkami Natalii. Wiecie jak to jest, jak nagle znajdujesz opaskę z ręki noworodka, którą założono twojej małej drobince po porodzie. No i tak właśnie przeszliśmy przez gratulacje od znajomych, urodziny, pierwsze dni w przedszkolu i szkole, uroczystości wszelakie, laurki typu 
KOHAM SFOJOŁ MAME, 
rysunki, pierwsze walentynki i wakacyjne listy z kolonii. 


Zabawy mieliśmy z tego co niemiara. 
Całe przedpołudnie wspominaliśmy i śmialiśmy się rodzinnie. 
Zapomnieliśmy o świecie, obiedzie i sprawach różnych. Było cudnie no i mamy porządek. Zrobiliśmy sobie wiosnę, no bo taki powrót do tych czasów, to jak powrót do wiosny trochę. 
W sercu też wiosna, bo przecież tyle śmiechu 
i ciepłych wspomnień. 
Serdecznie polecam Wam chowanie w pudełku różnych pamiątek, wspaniale jest wracać do nich po latach. 
A wiosna? - zrób sobie wiosnę!

29 mar 2013

Wszystkiego wesołego...

Święta zbliżają się w tempie zawrotnym. 
Już dziś wszystkim podczytującym chcę życzyć wszystkiego wesołego. 
Niech Wam Świąt nie przysłonią prozaiczne czynności dnia codziennego, cieszcie się sobą i rodziną, śmiejcie się, odpoczywajcie i zajadajcie same pyszności.
Bądźcie blisko z Waszymi rodzinami i róbcie to, co lubicie :) 
I życzę Wam dobrego humoru, śmiech i radość to nasza broń przed zimową aurą i chłodem.

My wyjeżdżamy. Jak zwykle... Mamy zamiar spędzić miłe chwile w gronie najbliższych i cieszyć się wspólnym byciem. 
Będzie rodzinne robienie pisanek i śniadanie do południa. I gra na akordeonie będzie 
i tańce dużych i małych 
(z naciskiem na małych ;). 
Będzie radośnie, czego i Wam życzę. 
Do zobaczenia!




21 mar 2013

Opowieść o Buce i sowie, co szczęście przynosi

Co roku w okresie okołourodzinowym dopadają mnie różne poważne przemyślenia. W latach wyznaczających  dekady przemyślenia są jakby bardziej podsumowująco - wspomnieniowe.

W tym roku okrąglutka czterdziestka zbliża się do mnie jak Buka. 
Pamiętacie Bukę z Muminków? Przychodziła nieoczekiwanie, świat ciemniał i wszystko pokrywało się szronem. Buki Muminek się bał, była taka tajemnicza. I do mnie ta moja czterdziestka się zbliża i proszę pociemniało, śniegiem świat zasypało, zimno, całkiem jak u Muminków.

Tak sobie przypominam moje kolejne dekadowe urodziny z uśmiechem - na dziesiąte - pamiętam, że dostałam książkę "Wstęga pawilonu" i jeansy Odra - Brzeg. 
To było coś. 
Cieszyłam się bardzo, takie spodnie to było marzenie. Wtedy to myślało się w kategoriach skąd wziąć spodnie lub jakąś fajną bluzkę. Większość rzeczy szyła mi ciocia Niunia na swoim Singerze. Wspominam ten czas jako może trudny i szary, ale jednak miły. 
Ludzie trzymali się razem, wspierali i byli dla siebie ważni. 
Rodziny odwiedzały się, wartością było spotkanie z kuzynką czy ciocią.

Dwudzieste urodziny spędziłam w wynajmowanym studenckim pokoju chorując na ospę wietrzną. Przechodziłam ją bardzo źle, cała byłam 
w kropki, wysmarowana pioktaniną i pudrem 
w płynie. Świat stał przede mną otworem, 
a razem z nim tyle znaków zapytania. 
Nie znałam jeszcze Jarka (był taki czas?), chodziłam w długich, falbaniastych spódnicach i zastanawiałam się, jak będzie wyglądało moje życie.

Trzydziestka spędzona była już w naszym mieszkaniu na 9 piętrze w towarzystwie mojej podówczas trzyletniej córki i męża Jarosława. Modne wtedy było ciasto Kopiec kreta, które wyglądało jak usypane z prawdziwej ziemi. Wiele nie pamiętam, wiem że byliśmy wtedy 
w posiadaniu ogródka działkowego, w ramach zdrowego chowu dziecka w wielkim mieście. 
Na działce mieliśmy małą piaskownicę i różne warzywa oraz owoce prosto z krzaka.
Tu odbywały się imprezki różnego sortu, prowadzone na łonie natury, ku uciesze dorosłych i dzieci. Było miło, sielsko momentami i raczej skromnie. 
Czas wesoły, acz mało stabilny finansowo 
i życiowo. Cały czas byłam na początku drogi zawodowej, kończyłam studia podyplomowe,  trzyletni urlop wychowawczy kończył się 
i należało szukać pracy.
Aż tu proszę cyk, myk i czterdzieste urodziny niebawem. 
I proszę bardzo, no no no... 
To się nazywa prawdziwe życie. Człowiek dziecię odchował, w razie czego samo w domu zostanie, to i z małżonkiem bywać wreszcie można. Zawodowo - stabilnie, życiowo również. Brak zmartwień typu "...znów katar ma, z kim ją zostawić", "...kto jutro odbiera Natalię ty czy ja?" 
No najfajniejszy wiek, to właśnie czterdziestka proszę państwa!!! 
Człowiek już coś zrobił na tym świecie 
i jeszcze trochę zrobi... chyba. 
Doświadczenia już nabrał, nie jest taki przestraszony, nieopierzony, zielony. 
Z własnym dzieckiem wreszcie można słowo 
z sensem zamienić i z mężem. 
A że zmarszczka wyłazi?  
To się ją kremem z jakim hialuronem zasmaruje i będzie dobrze. 
Tylko jakoś tak troszkę ciemnawo, chłodno i niepokój dziwny taki - no, to właśnie Buka jest. 
Każdy ma przecież jakąś swoją Bukę, no nie? 
A za dziesięć lat to dopiero będzie...
Byle nie gorzej.
Wczoraj dla poprawy nastroju i ku uciesze córki nastoletniej zrobiłam sowę. Taką, co to każdą Bukę odpędzi i szczęście przynosi. 
No i mądra jest, tak wieść niesie.




A i chciałam powiedzieć, że Pozytywnie Kreatywnie zaistniało jednak na fb wbrew zarzekaniom autorki. Tylko jak to cholerstwo rozgryźć???
No jak?
Pozdrawiam i do następnego
 :)

13 mar 2013

Kusząc wiosnę i psie sprawy...

Choroby się przyplątały do naszego psa. 
A, że pies nasz jest Księciuniem pełną gębą i histerykiem pierwszej wody, to łatwo nie było. 
Popiskiwał, przytulał się ze zdwojoną mocą, 
a kiedy tylko wiedział, że patrzymy wpadał w płacz, niczym niemowlak, zerkając czy aby odpowiednie robi wrażenie. 
Trzeba było wybrać się do doktora, który znienawidzony został niechybnie już przy ostatniej chorobie. 
Tak oto nasza trójka i pies stanęła w drzwiach gabinetu weterynarza zaprzyjaźnionego. 
Pies jakby ozdrowiał, ale tylko po to, by całą energię swoją skierować na jeden tor - tor odwrotu. 
Ciągnął, wyrywał się, w końcu schował się pod krzesło i zaglądając zza mojej nogi popatrywał z lękiem.
Nawet bólu nie czuł ze strachu. 
Doktor krew zbadał, wyniki porobił, zaaplikował zastrzyki. 
Najwięcej uwagi przywiązał do psiej hm 
<kupki>. 
Małżonek mój pięknie panu doktorowi wytłumaczył co i jak, włącznie z kolorem i odcieniem. 
I tak porozmawialiśmy sobie miło i cóż było robić - zdrowieć należało. 
Pomogło! Ku naszej rodzinnej uciesze chorobę psią mamy chyba za sobą. 
Przynajmniej taką mamy nadzieję. 
Mówiąc poważnie - choroba psa to bardzo wyczerpująca emocjonalnie sprawa. 
Człowiek chce pomóc, a nie zawsze może. 
Chce się dowiedzieć co boli, a nie ma jak - pies mówić nie umie przecież. 
Książę nasz chyba ma się dobrze, je za dwóch 
i raczej jest wesoły. Całymi dniami wyleguje się wyszukując co bardziej przytulne kąciki.

Żeby nerwy zszargane podleczyć i odrobinkę się zrelaksować, zrobiłam 
broszki w cukierkowych kolorach kusząc wiosnę. 





Mam nadzieję, że kuszenie zadziała, bo dziś widząc rano mój samochód zasypany białym puchem straciłam nadzieję na lepsze 
(czyt. cieplejsze) jutro.
Życzę słonka!